Blog - Edukacja muzealna w Elblągu

Fotografie z domu „Pod wielbłądem”

Zdjęcie: Jedna z fotografii z domu „Pod wielbłądem” (fot. nadesłana)

Fotografie z domu „Pod wielbłądem”

(Historia jednego przedmiotu cz. 57)

Wspólnie z Elbląską Gazetą Internetową portEl.pl publikowaliśmy cykl artykułów pt. „Historia jednego przedmiotu”, prezentowaliśmy w nich nasze najciekawsze eksponaty i opisywaliśmy ich historię. Dzisiaj o  grupie przedmiotów, czyli o fotografiach z domu „Pod wielbłądem”.

Jednym z najciekawszych architektonicznie budynków Starego Miasta w Elblągu, niestety już nieistniejącym, była dawna kamienica „Pod wielbłądem” (ul. Bednarska 30). Można wiele powiedzieć na temat walorów architektonicznych tego obiektu, symboliki dekoracji fasady z połowy XVII wieku, ale równie interesujące są losy jego kolejnych właścicieli. W 2009 roku, podczas wizyty w Elblągu, Pani Dorothee Stelzer – King z Nowego Yorku przekazała Muzeum rodzinne materiały biograficzne. Jej dziadkowie ze strony matki: Erna i Fritz Horn wzięli ślub w elbląskim kościele Najświętszej Marii Panny w 1909 roku. Erna była córką Lorenza Basilius (1860-1918), który wraz z żoną Johanną (1865-1965) prowadził największe atelier fotograficzne w Elblągu na przełomie XIX i XX wieku. Z ich pracowni pochodzi wiele znanych miłośnikom historii Elbląga zdjęć miasta z tego okresu. Fritz Horn (później profesor w zakresie teorii budowy statków) był synem Carla Horn (1830-1902), adwokata i notariusza elbląskiego, pasjonata historii. Carl Horn był jednym z członków założycieli Elbląskiego Towarzystwa Starożytności (1873) i innych kulturalnych stowarzyszeń. W 1882 roku zakupił „Dom pod Wielbłądem” i ten stał się siedzibą rodziny do 1925 roku. Wśród materiałów przekazanych przez Panią D. Stelzer-King znalazł się pamiętnik napisany przez córkę Horna Gretę, która opisała swoje dzieciństwo spędzone w tym domu. Jest to niezwykły dla historii miasta dokument, który znakomicie ilustruje różne codzienne aspekty życia w Elblągu w ostatniej ćwierci XIX wieku. Zawiera także bardzo szczegółowy opis całej kamienicy, poczynając od przedproża, przez poszczególne wnętrza kondygnacji domu, na samej figurze wielbłąda wieńczącej szczyt domu kończąc. Autorka pamiętnika nie zrealizowała swojego dziecięcego marzenia, by owego domowego, zwierzęcego patrona dosiąść…

W 2015 roku Muzeum otrzymało kolejny niezwykły dar. Pan Krzysztof Cegiel ofiarował naszej instytucji ponad trzysta archiwalnych fotografii, wśród których większość stanowią fotografie wykonane przez warsztat L. Basiliusa i jego rodzinę. Ofiarowane fotografie przede wszystkim dokumentują dzieje trzech pokoleń skoligaconych ze sobą rodzin Basilius i Horn.

Wśród przekazanych fotografii znalazły się m. in dwie pokazujące dwa pomieszczenia w „Domu pod wielbłądem”: salon i jadalnię. Dzięki nim, możemy dzisiaj zerknąć do środka kamienicy i zobaczyć choć fragment wyposażenia tego domu. Poniżej stosowny fragment pamiętnika Grety Horn opisujący te wnętrza: „Główna część naszego mieszkania [na 2 piętrze] składała się z dużego pokoju północnego i dwóch pokojów południowych. Wchodziło się do nich przez duże, malowane na brązowo drzwi w holu. Pokój północny, nasza jadalnia, był ozdobiony niebieskozieloną tapetą. Panował w tym wysokim pomieszczeniu chłodny półmrok. W słoneczne dni, oświetlone dachówki oficyny odbijały czerwonawe światło. Zimą stała tam choinka. Biały piec kaflowy i rzeźbiona ława sprawiały przytulne wrażenie. Jednak najprzyjemniej było w pokoju północnym latem.

Pomiędzy pokojem północnym a jednym z południowych – salonem, nie mieliśmy drzwi, lecz kotarę. Drugi pokój południowy, oddzielony od salonu przeszklonymi drzwiami, był „najlepszym pokojem”, rzadko używanym, za to pełnym zimnego przepychu. Dla mojej mamy był to pokój na uroczystości i do przechowywania roślin. Jedno z dwóch wysokich okien zastawione było wieloma różnymi roślinami. Stały tam różnego rodzaju kaktusy, wolkamarin, roślina z małymi śmierdzącymi kwiatami, niecierpek, rzadka i piękna męczennica (Passiflora), róże, azalie i wiele innych. Na kwietniku stała wielka palma daktylowa, która ostatecznie przerosła i padła, ale przez wiele lat chodziliśmy „pod palmami”. Jedno z dużych okien zajęte było przez pojedynczą trojeść rosnącą wzdłuż półki i nadającą egzotyczną atmosferę swoimi aksamitnymi, białymi kwiatami zwisającymi w baldachach.

Tylko drugie okno było puste. Obok niego stał fotel, o który walczyła cała rodzina. Na szerokim parapecie często przesiadywał Flock, nasz pies rasy szpic, i spoglądał na ulicę. Któregoś razu wypadł przez okno szczekając na psa na ulicy, i choć spadł z drugiego piętra, nic mu się nie stało. Innym razem w jego grubym, puszystym ogonie odnalazły się okulary mojej matki.

Ściany obu południowych pokoi udekorowane były obrazami olejnymi, które moja matka skopiowała w klasztorze franciszkańskim w Gdańsku. Piękne, ciepłe południowe światło dodawało pomieszczeniom przytulności, a wysokie szczyty budynków po drugiej stronie ulicy nadawały całości odległy, bajeczny nastrój.

W jednym rogu stał piękny fortepian. Zmarnowałam nad nim wiele czasu, nic z tego nie wyszło i cieszę się, że nie byłam bardziej pracowita. Moje rodzeństwo było bardziej uzdolnione. Mój brat Fritz bardzo wcześnie zaczął grać na skrzypcach i dzięki temu później w naszych pokojach rozbrzmiewały całkiem udane koncerty.

Dla mnie największym skarbem w domu były książki. W tamtym okresie nie było jeszcze ogromnego dębowego kredensu [na fotografii], który później zajął prawie całą długą ścianę w jadalni. Były za to dwie biblioteczki wypełnione dziełami wielu ważnych poetów i pisarzy niemieckiej, a także światowej literatury. Jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom za udostępnienie mi tych wszystkich książek. Może czytałam je w nieco przypadkowej kolejności, jednak ten raj książkowy wzbudzał we mnie wielkie zainteresowanie”.

W 1925 roku zmarła żona Carla Horna Magdalena Gersdorff-Horn. Po jej śmierci dom, jako zabytek dawnej kultury mieszczańskiej został przez spadkobierców przekazany na własność miastu. Dzieci rozpierzchły się po świecie, ale już czwarte pokolenie potomków rodzin Basilius i Horn kultywuje pamięć o idealnym domu rodzinnym, jakim była dla ich kamienica „Pod wielbłądem”. Pozwolę sobie jeszcze na jeden cytat. Córka wspomnianej pary Erny i Fritza Horn: Gudrun, urodzona w 1910 roku, po wizycie w Elblągu w latach 80. XX w., tak napisała:

„Podczas II wojny światowej Elbing uległ ogromnym zniszczeniom. Dziś nie jest już niemieckim, ale polskim miastem. Podobnie jak większość innych starych budynków, „Kamienica pod Wielbłądem” została zrównana z ziemią. Jednak polski rząd bardzo stara się odbudować charakterystyczne części Starego Miasta”. Jej córka Dorothee Stelcer-King, podczas jednej z rozmów prowadzonych z okazji przygotowywania wystawy pytała, czy w elbląskich planach jest przewidziana rekonstrukcja tej kamienicy. Bardzo chciałabym odpowiedzieć jej na to pytanie twierdząco…

 Opisane powyżej fotografie jeszcze do piątku można oglądać na wystawie czasowej „Elbląska La Belle Époque na fotografiach rodziny Basilius i Horn”. Z tą i pozostałymi ekspozycjami prezentowanymi w budynku Gimnazjum będziemy się żegnać już 20 stycznia, podczas oficjalnego finisażu, który rozpocznie się o godzinie 17.

** Tekst z pamiętnika w tłumaczeniu Agaty Onopiak

Fot. nadesłana

Wiesława Rynkiewicz-Domino, kustosz Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu

Skip to content